piątek, 17 lipca 2015

Chapter Seven

Just Can't Let Her Go
                                                           **********

~Louis~

        - Mówię wam, z nią jest coś nie tak!- mruknąłem, kiedy nikt z obecnych nie przejął się moimi poprzednimi słowami. Zrezygnowany przeczesałem dłonią włosy, próbując znaleźć sposób na zdobycie zainteresowania chłopaków. Od kilku godzin rozmawialiśmy o nowej asystentce zatrudnionej w Modest. Phoebe Henley nie mogła być normalną dziewczyną. Nie starała się zatruć życia mnie i chłopcom, jak połowa ludzi
zatrudnionych w tej firmie. Najlepszym przykładem była ostatnia sytuacja w sali konferencyjnej: dziewczyna świadomie, uderzyła drzwiami własnego szefa i jak najszybciej zaprowadziła do lekarza, dając mnie i Harry'emu czas na ucieczkę. - Hazza, ty najlepiej wiesz o czym mówię! Ile osób puściłoby nas wolno, bez żadnych konsekwencji i ryzykowało własną posadę? - zawołałem do siedzącego po drugiej stronie kanapy chłopaka.
     Od pamiętnego dnia, nie spotykaliśmy się nigdzie poza domem. Nieświadomie posłuchaliśmy rady Henley - staraliśmy się nie narazić szefostwu, a nasze "randki " odbywały się w domu przed telewizorem i najczęściej kończyły w sypialni. Nie, żebym narzekał.
     Harry powoli pokiwał głową, niepewnie zerkając na mnie i delikatnie się uśmiechając. Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej miałem jednego z nas po naszej stronie.
         - Lou ma rację. - powiedział wstając z kanapy i przeciągając się. Czarna koszulka uniosła się, odsłaniając fragment opalonego i wyrzeźbionego brzucha chłopaka. Mimowolnie oblizałem wargi, nerwowo poprawiając się na swoim miejscu. Zacisnąłem dłonie, starając się zwalczyć rosnące we mnie podniecenie. To nie był odpowiedni czas na seksualne napięcie - Wszyscy wykorzystaliby sytuację, aby podlizać się Griffiths'owi.
        - Nawet jeśli, Harry - Liam leniwie obrócił głowę w stronę Styles'a, sceptycznie na niego patrząc - Co możemy zrobić? Nie możemy tak nagle do niej podejść i karząc powiedzieć prawdę. To byłaby napaść.
     Westchnąłem wstając, i wyłączając telewizor. Natychmiast usłyszałem pełne niezadowlenia jęki Niall'a i Zayn'a, którzy przez ostatnią godzinę pilnie śledzili mecz.
        - Musimy coś w końcu postanowić - waknąłem w ich kierunku, zakładając ręce na piersi. - Z Henley coś jest nie tak. Za każdym razem szła nam na rękę, chroniła nas, czego nikt nigdy nie robił - przełknąłem ślinę, przypominając sobie wszystkie osoby z naszego otoczenia. Nikomu nie mogliśmy ufać od czasu odejścia Paula. Dla każdego byliśmy przepustką do lepszej posady lub podwyżki. - To jasne, że nic nam nie powie, kiedy ją zapytamy. Musimy zrobić to w inny sposób.
        - Louis, daj sobie spokój. - zerknąłem na Niall'a grzebiącego w swoim telefonie - Cokolwiek chcesz zrobić. Dla mnie, ona jest z Modestu. Tak jak wszyscy, czeka na chwilę, aby nas jeszcze bardziej pogrążyć. Gdybym miał decydować za wszystkich, uznałbym, że trzeba się trzymać od niej z daleka. Im mniej wie, tym lepiej dla nas.
     Chłopcy zgodnie pokiwali głowami, niemo zgadzając się ze słowami Irlandczyka. Zmrużyłem gniewnie oczy, czując, że nic nie wskuram. Jeżeli chciałem się czegoś dowiedzieć o tej dziewczynie, musiałem działać sam.
        - Zgadzacie się z nim? - zapytałem chcąc się upewnić. Żaden nie zaprzeczył. Zamknąłem oczy zrezygnowany, wychodząc z salonu i ubierając kurtkę. Po chwili poczułem jak dwie, silne dłonie oplatają mój pas i przesuwają do drugiego, większego ciała.
        - Louis, zostań - cichy pomruk Harry'ego zawibrował w moim uchu, wywołujac przyjemne uczucie w dole brzucha. Pokręciłem przecząco głową, wywrwając się z uścisku chłopaka i z ciężkim sercem wychodząc z domu.
     Robię to dla nas, Harry.

~Phoebe~

     Ostatni raz przejrzałam się w lusteku z wdzięcznością uśmiechając się do kierowcy taksówki i wręczając mu odpowiednią ilość pieniędzy. Trzasnęłam drzwiami wpatrujac się w duży, oświetlony budynek, skąd wydobywała się głośna muzyka. Westchnęłam odrzucając włosy na plecy, powoli przechodząc przez ulicę. Zmierzyłam wzrokiem dosyć sporą kolejkę, ustawioną do wejścia, wymijajac ją. Ścisnęłam mocniej kawałek papieru, który wręczyłam znudzonemu swoją pracą ochroniarzowi. Mężczyzna uważnie przeczytał wiadomość, odsuwając się i - ku niezadowelniu osób czekających w kolejce - wpuszczając mnie. 
    Woń alkoholu uderzyła mnie już kilka sekund po przekroczeniu progu. Tańczący i pijni ludzie, mimo wczesniej godziny okupowali już loże, pobliskie ściany i kąty. Przesunęłam wzrokiem po tłumie, starajac się namierzyć bar i nie zwymiotowac na widok pieprzących się - dosłownie - w każdym miejscu par. Powoli przedzierałam się przez tłum, a kiedy znalazłam się przy jednym z wysokich barowych krzeseł, leniwie skinęłam na barmana.
     - Niedźwiedzie polarne całkiem dobrze latają - rzuciłam spoglądając na niego. Chłopak oderwał się od wycierania kufli, nieprzytomnie na mnie patrząc. Po chwili cicho westchnął zarzucając białą scierkę na ramię i odpowiadając:
     - Tak samo jak pingwiny.
     Uśmiechnęłam się obserwując wychodzącego barmana i idąc za nim. Wymijaliśmy tańczących ludzi, kierując się w stronę loż. To tam miałam się spotkać z Azoffem. Klub wydawał się idealnym pomysłem, nikt nie pomyślałby, że można byłoby tutaj przeprowadzić dość ważne spotkanie z szefem. Bezpieczeństwo dla naszego planu, było najważniejsze - nikt niepowołany nie mógł się o niczym dowiedzieć.
     Wymiana zdań między mną, a nieznajomym chłopakiem nie była przypadkowa. Azoff starannie wybierał swoich pracowników, a tym którym ufa bezgranicznie, wyznacza drobne zadania. Ochroniarz - poza dzisiejszym dniem - nigdy wcześniej nie pracował w tym klubie, tak samo jak barman. Oboje zostali wysłani tutaj przez naszego wspólnego szefa, nie wiedząc nic konkretnego. Dostali tylko polecenie, aby doprowadzić mnie bezpiecznie i niezauważalnie do niego. Po co? Tego już nie musieli wiedzieć.
     Zatrzymaliśmy się przed największą i najbardziej oddaloną lożą, upeweniając się, że jesteśmy sami. Skinęłam głową w podzięce, otwierając drzwi i zderzając się z zimnym spojrzeniem Jeffrey'a Azoffa.
        - Dziękuję Danielu. Możesz wracać - odezwał się nie
zaszczycajac podwładnego spojrzeniem. Wsunęłam się na miejsce naprzeciwko mężczyzny, wyjmując z torebki plik dokumentów, które w ostatniej chwili udało mi się skraść. Dla osób niezwiązanych ze sprawą były bezwartościowe, jednak dla nas bezcenne. - Coś nowego?
        - Chłopcy muszą trzymać się z daleka od siebie - mruknęłam przesuwając papiery na środek stołu - Dodatkowo Harry ma wdać się w "konflikt"- zaznaczyłam cudzysłów w powietrzu przy ostatnim słowie - z Louisem. Modest wpadł na pomysł, aby zrobić z nich wrogów.
        - Idioci...- Jeffrey chwycił dokumenty, skupiając się na ich treści. Po chwili zmarszczył brwi i ze zdziwieniem uniósł głowę - Poważnie?
     Pokiwałam głową, w milczeniu rozglądając się po pomieszczeniu. Kilka ław, stół i obrazy na ścianie. Loża nie różniła się za bardzo od tych, które znam. Muzykę, którą można było usłyszeć, była stłumiona przez zamknięte drzwi, dzięki czemu można było normalnie porozmawiać.
        - Chcą kolejnego skandalu.... - usłyszałam. Dokumenty stawiały sprawę jasno. Louis i Eleanor mieli się rozstać przez "zdradę" chłopaka. Po kilku tygodniach do mediów miała wpłynąć plotka o "małej wpadce" Louisa. W ten sposób podskoczą notowania zespołu - ludzie zaciekawieni niepotwierdzoną plotką, będą masowo wyszukiwać w przeglądarce Tomlinsona, a co za tym idzie i One Direction. Zespół będzie miał zapewnioną stuprocentową promocję, wizerunek Louisa jako "im fact stright" i "Larry is bullshit" będą podtrzymane, a Larry Shippers zostaną uciszone raz na zawsze. Nie będą mogły zaprzeczyć w żaden sposób plotce o ojcostwie Louisa, nie mając żadnych dowodów.  Idealnie zaplanowany skandal. - To jest...
        -... genialne - dokończyłam. - Zgadnij, kto to wymyślił? - spojrzałam na przełożonego. Zamyślił się na chwilę po czym wzruszł ramionami - Pola.
        - Nasza Pola?!- wykrzyczał otwierając szeroko oczy. Pokiwałam głową, układając usta w grymas. Pola była pracownicą Azoffa, do czasu aż udało jej się zdobyć pracę w Modest przy PR jednego z członków zespołu. Od tamtej pory robiła wszystko, aby wkupić się w łaski Griffiths'a. Niestety, chcąc nie chcąc musialam to przyznać: plan który wymyśliła był genialny.* - Zawsze podziwiałem ją za umiejętność planowania...
        - Sprawnie to wykorzystuje. - mruknęłam - Jednakże musimy być o krok do przodu. Musimy coś wymyślić, coś co całkowicie przekreśli ich plan.
     Jeffrey uśmiechnął się, opierając się o ławę. Spojrzałam na niego zdezorientowana, czekając aż wyjaśni mi powód swojego zadowolenia. Mężczyzna zatarł ręce z zadowolenia, mówiąc tylko jedno słowo, po którym zrozumiaąm wszystko:
- Wellington.

*-  Nie mam nic do Poli, całkowicie ją szanuję :) Wyjaśniła, na swoim asku, że Modest nie miał nic wspólnego z "ojcostwem Louisa", tym bardziej nic nie wymyśliła. Zrobiła to tylko W MOIM OPOWIADANIU!


*****
Po dłużej nieobecności wracam! Ostanie dramy, bardzo mi pomogły, niepowiem :) A wy ja się trzymacie?