poniedziałek, 22 lutego 2016

Chapter Twelve

******

          Winda powoli zatrzymała się, a metalowe drzwi rozsunęły się, wyrywając z uśpienia starszego mężczyznę w policyjnym mundurze, Ochroniarz ziewnął, przeciągając się z zaciekawieniem spoglądając na windę. Powoli podniósł się ze swojego miejsca, podchodząc do wejścia, uważnie lustrując jej wnętrze. Zatrzymał się kilka metrów od drzwi, mrużąc oczy, a kiedy nie zauważył nic podejrzanego, wyciągnął dłoń, aby wcisnąć przycisk odwołujący. Nim zdążył przycisnąć palec do ściany, ktoś chwycił go mocno za nadgarstek, wykręcając go i kładąc na podłodze. Po chwili ochroniarz leżał nieprzytomny na zimnej i brudnej podłodze.
          Kilka sekund później w holu pojawiła się ciemna postać dziewczyny, chowającej paralizator za pasek spodni. Krytycznie spojrzała na leżące ciało, cicho wzdychając i chwytając mężczyznę za ramiona, ciągnąc go w stronę kantorka na miotły. Upewniła się, że nie obudzi się przez kilka najbliższych godzin nim zatrzasnęła drzwi i ruszyła w głąb korytarza. Mocniej naciągnęła kominiarkę, starając się trzymać jak najbliżej ścian, aby kamery jej nie wyłapały. Powoli wślizgnęła się do jednego z sektorów, aby wyłączyć alarm przy drzwiach do głównego gabinetu. Odczekała kilka sekund, a kiedy nikt nie nadszedł, wyprostowała się, wyciągając wsuwkę z włosów.
          Przebiegła ostatnie kilka metrów, dopadając białych drzwi. Uklękła wsuwając cienki plastik do zamka, ruszając nim, aż w końcu usłyszała ciche kliknięcie. Ostatni raz rozejrzała się po korytarzu, ciągnąc za klamkę i wchodząc do pomieszczenia.
          Doskonale znała pokój w którym się znalazła. Z cichym westchnięciem ściągnęła kominiarkę, wiedząc, że było to jedyne pomieszczenie bez kamer. Powoli zbliżyła się do biurka, otwierając pierwszą lepszą szufladę. Przewertowała jej zawartość szukając papierów, które były jej priorytetem, jednak kiedy ich nie znalazła, odłożyła je na miejsce i zaczęła przeszukiwać kolejne półki. Jakiś czas potem była pewna, że czarny mebel nie zawierał tego po co przyszła.
          Rozejrzała się, zastanawiając się, gdzie mogłaby znaleźć dokumenty, w końcu decydując się na przeszukanie każdego kąta pomieszczenia, Uważnie przeglądała każdą rzecz, a im bliżej znajdowała się końca tym bardziej rosła jej irytacja. W końcu wykończona opadła na fotel, przykładając dwa palce do złotego kolczyka.
- Nic tutaj nie ma - powiedziała jeszcze raz się rozglądając - Stary dziad nas wykiwał.
- Sprawdzałaś wszystko? - mechaniczny, cichy głos rozbrzmiał w pokoju, dekoncentrując dziewczynę.
- Tak, kilka razy. Czysto. Teczki nie ma.
          Głos nie odpowiedział. Dziewczyna przeczesała dłonią włosy, marszcząc brwi. Była pewna, że dokumenty tutaj są, sama słyszała jak Gryffiths mówił, że bezpiecznie je schował. Musiał ukryć je w takim miejscu, że miał je cały czas na widoku, a jednocześnie były ukryte, aby nikt nieproszony ich nie zauważył. Phoebe musiała przyznać: staruszek był przebiegły i doskonale dbał o swoje bezpieczeństwo.
            Westchnęła, zrezygnowana podnosząc się z fotela, nagle się zatrzymując. Powoli usiadła ponownie, gwałtownie się podnosząc. Zamrugała oczami, kucając i odwracając fotel, nogami do góry. Była pewna, że czuła pod swoimi pośladkami papierowy materiał, który nie miał prawa znaleźć się w takim fotelu. Nie kiedy kosztował więcej niż jej dom.
           Dokładnie zbadała fakturę, powstrzymując okrzyk radości, kiedy wyczuła szwy. Grube, mocne szwy. Odpięła zamek kurtki, wyciągając z kieszeni scyzoryk. Bez wahania wbiła ostrze w skórę, z satysfakcją patrząc jak tnie materiał. Rozerwała ostatnie kilka milimetrów, pozwalając czarnemu kwadratowi opaść na podłogę. Pod przeciętą skórą, leżała teczka, która bez wątpienia zawierała dokładnie te dokumenty przez które znalazła się tutaj. Chwyciła papier, zginając go i chowając do kieszeni.
- Mam to. Zmywam się stąd - rzuciła stawiając krzesło w taki sam sposób jaki zastała. Odwróciła się, gotowa aby wyjść, nieruchomiejąc. Za drzwiami widziała światło padającej latarki. W ostatniej chwili chwyciła kominiarkę, zakładając ją, nim drzwi gwałtownie otworzyły się ukazując jednego z ochroniarzy z bronią wycelowaną prosto na nią.
- Nie ruszaj się! - krzyknął powoli wchodząc do pomieszczenia, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Phoebe prychnęła, wyciągając prawa dłoń w jego kierunku. Z pierścionka wystrzeliła mała strzałka, która wbiła się w szyję mężczyzny, aby po chwili upadł nieprzytomny na podłogę. Nie czekała, aż reszta ochrony wpadnie do gabinetu; wybiegła z niego, kierując się stronę tylnego wyjścia. Nie mogła pozwolić, aby ktoś ja teraz złapał. Cały plan sypnąłby się, gdyby odkryli jej tożsamość. - Stać! - słyszała szybkie kroki za sobą i odgłos strzał, jednak nie odważyła się odwrócić. Po krokach mogła zgadywać, że biegła za nią trójka ochroniarzy, a reszta zapewne kryła się na dolnych piętrach. Musiała coś szybko wymyślić, inaczej mogła pożegnać się z ucieczką.
           Skręciła gwałtownie w lewy korytarz, obmyślając na szybko plan ucieczki. Podbiegła do samego końca, podskakując i przyczepiając się do sufitu. Zawisła kilka metrów nad ziemią, z bijącym sercem czekając na nadbiegających mężczyzn. Miała tylko cichą nadzieję, że jej plan się powiedzie. Nie miała czasu aby wymyślać kolejny.
           Tak jak podejrzewała, mężczyzn była trójka. Dobiegli do końca korytarza, nerwowo rozglądając się dookoła. Zmrużyła oczy skupiając się na najbliższym ochroniarzu. Cicho zeskoczyła za nim, wyciągając paralizator i przykładając do jego szyi. Cichy bełkot, który wydostał się z jego ust, zwrócił uwagę reszty. Kiedy opadł na podłogę, wycelowała rękę w kierunku jednego z nich, strzelając w niego strzałkami usypiającymi. Schyliła się, kiedy usłyszała strzał, podbiegając szybko do ostatniego uderzając go w brzuch. Wybiła z jego dłonie pistolet, szybka ją wykręcając i popychając go na ścianę. Szybko do niego doskoczyła, wbijając w jego skórę swoje paznokcie i obserwując jak powoli zamyka oczy, w końcu całkowicie zasypiając. Odetchnęła głośno, prostując się, aby sekundę później zostać pociągnięta na drugi koniec korytarza. Odwróciła głowę, widząc ochroniarza, do którego strzeliła strzałkami. Zmrużyła oczy widząc knot wbity w ramię, zamiast w szyję. Krzywo się uśmiechnęła stając prosto i cierpliwie czekając na to co zrobi mężczyzna. Facet powoli szedł w jej stronę, delikatnie się chwiejąc. W jego dłoni niebezpiecznie drżał pistolet gotowy do strzału.
- Nie...nie ruszaj... się - wystękał, chwiejąc się coraz bardziej. Phoebe, wywróciła oczami, skacząc w jego kierunku i szybko unieruchamiając. Strzałki, które miała w pierścionku już się skończyły, tak samo jak paznokcie, które mogła użyć tylko raz. Westchnęła cicho, wypowiadając w myślach słowa przeprosin, gwałtownie skręcając głową mężczyzny. Nie spoglądając na ciała, wybiegła z korytarza, nie chcąc zastanawiać się, czy ostatni ochroniarz przeżył. Zbiegła po schodach, wybiegając kilka pięter niżej.
             Zatrzymała się, upewniając się, że nikt za nią nie biegł, powoli wychylając się zza róg. Była pewna, że ochrona obstawiła już wszystkie drzwi, więc jedyną droga ucieczki, która była możliwa zostawały okna. A była na szesnastym piętrze.
- Mam odciętą drogę ucieczki - syknęła cofając się kilka kroków. - Obstawili wszystkie wyjścia, jestem na szesnastym piętrze. Nie mam jak się wydostać.
- Wykorzystaj nasz plan B - usłyszała. Gdyby mogła, głośno roześmiałaby się, na absurd jaki jej zaproponowano. Plan B był najgorszym szaleństwem na jaki ktoś mógł kiedykolwiek wpaść. Jeden zły ruch i nie zostałoby z niej nic. - Rozumiesz?
          Warknęła cicho, ponownie się wychylając. Jedyne co mogła zrobić to unieruchomić kolejną dwójkę mężczyzn, a potem... miała drogę wolną.
- Miło się z wami pracowało - rzuciła, odłączając radio. Policzyła do trzech, ostatni raz sprawdzając czy dokumenty nadal były na swoim miejscu, wybiegając zza rogu.
         Dokładnie kilka sekund zajęło ochroniarzom zorientowanie się w sytuacji. Phoebe przez ten czas zdążyła do nich podbiec i korzystając z zaskoczenia znokautowała jednego z nich, Szybko się odwróciła, ignorując piekący ból w podbrzuszu, aby w ostatniej chwili chwycić pędząca w jej stronę dłoń. Okręciła się wykręcając ją mężczyźnie, szybko zabierając mu kajdanki i przypinając go do nich. Pchnęła go, obserwując jak upada na podłogę. Uśmiechnęła się, biegnąc w kierunku wysokich okien, słysząc krzyki reszty za sobą. Uskakiwała, słysząc strzały z pistoletów, obierając sobie za cel dobiegnięcie do okien. Zagryzła mocno usta, kiedy poczuła ostry ból rozchodzący się w dół ramienia. Nie miała czasu, aby zatrzymać się i przyjrzeć dokładnie ranie, musiała ratować swoją skórę.
         Przyśpieszyła, kiedy do okien zostało jej kilka kroków, Wyciągnęła przed siebie ręce, chroniąc w ten sposób twarz przed ewentualnymi odłamkami szkła. Wpadła na szkło, przebijając je i wypadając na zimne powietrze. Runęła w dół, z zaskakująca prędkością obserwując jak asfaltowa uliczka zbliża się w zastraszającym tempie. Kątem oka zauważyła zbliżającą się do niej sznurowana drabinę, przywiązaną do lecącego nad nią helikoptera. Ostatkiem siły wyciągnęła dłoń, czując jak ktoś chwyta jej palce i gwałtownie ciągnie w swoją stronę. Z impetem zderzyła się z twardą klatką piersiową, pozwalając sobie wypuścić głośny jęk bólu.
- Następnym razem nawet nie próbuj się z nami żegnać! - usłyszała. Ostatkiem sił uniosła głowę skupiając się na mężczyźnie, który ją trzymał. Zmarszczyła brwi, rozpoznając poszczególne rysy. - To jeszcze nie koniec mała. - Michael wybuchł śmiechem, ściskając mocniej moje ciało. - Dobrze się spisałaś.

**********
Witam, witam :)
W ramach rekompensaty za dość długą nieobecność wstawiam dość długi odcinek. Mam nadzieję, że zapewniłam Wam odpowiednią dawkę adrenaliny :)
A co do szablonu... dziewczyna która go robi, powiedziała, że wyśle mi go na maila.... mam nadzieję, że jeszcze dzisiaj, albo jutro.
Dwa odcinki w jeden dzień :o
A muszę napisać jeszcze jeden....
Ciao!
Ch.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Ogłoszenie!

Spokojnie nigdzie nie zniknęłam.
Pewnie widzicie szablon bloga, który... cóż nie jest do końca taki jak miał być. Chciałam poczekać z publikacją odcinka do chwili, aż dostanę POPRAWIONY szablon, jednak... nie wyszło. Nie mam kontaktu z dziewczyną, która wykonała to zamówienie; została poinformowana o problemie.... i cisza. Brak odezwu.
Musiałam zamówić nowy szablon, na który wciąż czekam - miał być w (!) grudniu. Mamy koniec stycznia i szablonu nadal nie ma. Tutaj sytuacja jest już inna, autorka zapewniła mnie, że szablon będzie w jej następne notce. Kiedy? Podejrzewam, że w lutym. Póki co... opublikuję odcinki, jednak zmienię szablon na ''standardowy'' do chwili, kiedy ten drugi będzie gotowy.
Przepraszam za tak długą nie obecność!
Ch.
x

+ zapraszam Was na nowy zwiastun!



sobota, 7 listopada 2015

Chapter Eleven


******

     Poprawiłam włosy, opadające na moją twarz, prostując plecy i wchodząc do głównego budynku Modest z ulubioną kawą szefa. Zignorowałam ciche szepty, które rozległy się niemal natychmiast po moim pojawieniu się, wbijając wzrok w korytarz przede mną. Ścisnęłam mocniej papierowy kubek ze zniecierpliwieniem wpatrując się w zegarek i nerwowo tupiąc nogą. Po kilku sekundach, szczęśliwa naciskałam przycisk z odpowiednim piętrem, opierając ramię o tylną część windy. Metalowe drzwi nagle szarpnęły się, ponownie otwierając i ukazując postać Louisa. Zadrżałam, kiedy jego zimne spojrzenie zmierzyło moją sylwetkę, niemal natychmiast po wejściu.
     Jęknęłam, kiedy szatyn mocno szarpnął mnie za rękę i przygwoździł do zimnej ściany. Zdezorientowana wpatrywałam się w jego wściekłe tęczówki, modląc się, aby kawa nie znalazła się na jasnej podłodze.
- Co miał znaczyć ten SMS?- warknął, zwężając oczy. Wzruszyłam ramionami, przeklinając w myślach Amandę. Wygląda na to, że dziewczynie nie udało się usunąć powiadomienia z komórki Tomlinsona. - Nie pieprz mi tu teraz. S.O.S Niall jest u mnie, nie może nas połączyć ze sobą.- zacytował, zaciskając mocniej palce na moim nadgarstku.- W co ty grasz Henley?- splunął.
     Spojrzałam na chłopaka, powstrzymując się od wygłoszenia kilku epitetów na jego temat. Westchnęłam przeciągle, szukając możliwej drogi ucieczki. Louis nie był osobą, która musiała wiedzieć o tym co się dzieje.
- Pomyliłam się po prostu, wybacz.- uśmiechnęłam się, próbując wyrwać chłopakowi nadgarstki, jednak był zbyt silny. Pieprzona siłownia.
- Jasne, a ja jestem królową Anglii - zirytował się. Warknął, kiedy poczuł jak winda zaczynała powoli zwalniać. - Rób co chcesz, nie pozwolę ci skrzywdzić chłopaków, a szczególnie Harry'ego. Może i reszcie zamydliłaś oczy, ale nie myśl, że tak łatwo ci odpuszczę.- zagroził, ostatecznie odsuwając się i wybiegając z windy.
      Zamrugałam oczami, próbując pojąć to co właściwie się stało. To, że szatyn był podejrzliwy w stosunku do mnie, wiedziałam od samego początku. A kiedy pomogłam uciec jemu i Harry'emu z sali konferencyjnej, ryzykując zwolnieniem z pracy, musiało wzbudzić w nim podejrzenia. Nie miałam jak przekonać go do siebie, a wściekły i węszący wszędzie Tomlinson był najgorszym scenariuszem jaki mógł się teraz zdarzyć.
      Wściekła rzuciłam torebkę na biurko, pukając do białych drzwi i ze sztucznym uśmiechem wchodząc do pomieszczenia. Griffiths zerknął na mnie, nie przerywając rozmowy z nieznanym mi mężczyzną. Machnął na mnie ręką, uważnie słuchając swojego rozmówcy, co jakiś czas kiwając głową, zgadzając się z nim.
- Phoebe zajmij się tymi papierami - staruszek wskazał brodą na stos dokumentów, leżący na rogu biurka. Niemo skinęłam głową, podając mu kawę i odgarniając włosy z czoła. Chwyciłam plik dokumentów, gotowa aby wyjść, jednak głos szefa ponownie mi przerwał. - Oh, i przynieś proszę dla Simona zieloną herbatę.
      Zerknęłam przez ramię na odwracającego się w moją stronę rozmówcę, sztywniejąc, rozpoznając Simona Cowell'a. Zszokowana skinęłam głową, wycofując się z pomieszczenia. Cowell i Griffiths? Ostatnio, kiedy ich spotkałam rozmawiali o pozbyciu się Zayna z zespołu, nad czym mogli pracować teraz?
      Nerwowo położyłam papiery obok torebki, szybkim krokiem kierując się do działu informatycznego. Ja nie mogłam dowiedzieć się o czym rozmawiają, ale dla Amandy nie stanowił to żaden problem. Przykleiłam do twarzy sztuczny uśmiech, mijając kolejnych współpracowników Modest. Musiałam się śpieszyć, jeżeli zbyt długo bym nie wracała, mogło to wzbudzić pewne podejrzenia.
     W końcu zauważyłam rudą czuprynę dziewczyny przy jednym z komputerów. Szybkim krokiem podeszłam do niej, delikatnie klepiąc ją po ramieniu i wskazując głową drzwi. Po chwili obie znalazłyśmy się za nimi, idąc pustym - póki co - korytarzem.
- Muszę wiedzieć o czym rozmawia ten głupiec w swoim gabinecie. Nie mogę tam non stop wchodzić, jeszcze zacznie coś podejrzewać - mruknęłam cicho, wpatrując się przed siebie. Po kilku krokach znalazłam się w bufecie, składając zamówienie dla Cowell'a.
- Rozumiem. Jak szybko będziesz w jego gabinecie?- Amanda przeglądała jedną z wielu ulotek, udając zainteresowanie czytaną treścią. Kątem oka uważnie mnie obserwowała.
- Za kilka minut, mam zanieść herbatę.
     Rudowłosa skinęła głową, uśmiechając się dziewczyny stojącej obok niej. W przeciwieństwie do mnie, Amanda zaprzyjaźniła się z kilkoma osobami, chcąc stwarzać pozory normalności - jak mówiła Azoffowi. Zazdrościłam jej tego, jak szybko potrafiła zjednoczyć przychylne osoby i stać w centrum uwagi. Ja za wszelką cenę unikałam publicznych wydarzeń, nie lubiłam poznawać nowych osób oraz nie miałam tutaj żadnych znajomych. Chciałam skupić się na wykonywaniu swojej części zadania, bez niepotrzebnych zwrotów akcji, jakie na pewno by wystąpiły, gdybym utrzymywała z kimś bliższe kontakty. Im szybciej zdobywałam potrzebne nam informacje tym bardziej zbliżaliśmy się do końca sprawy, wypłaty i co za tym idzie, powrotu do domu.
     Zacisnęłam pięści na myśl o moim domu i powrotu do kraju. Nie ukrywałam swojej niechęci do ojczyzny, oraz pragnienia aby wyjechać do Stanów i tam zamieszkać. Jednak nikłe poczcie odpowiedzialności za rodziców powstrzymywał mnie od gwałtownych decyzji, oraz zmusił do przyjęcia propozycji Jeffreya. Nie chciałam tego przyznać, ale gdyby nie on, nie miałabym pojęcia co zrobić, aby pomóc swojej mamie.
     Odebrałam od sprzedawczyni termiczny kubek z parującą herbatą, cicho szepcząc słowa podziękowania. Amanda niepewnie ruszyła za mną, aby po chwili szturchnąć mnie ramieniem i wsunąć coś do ręki. Zacisnęłam palce na nieznanym mi przedmiocie ponownie kierując się w stronę gabinetu właściciela. Rozejrzałam się dookoła, a kiedy nikogo w pobliżu nie zauważyłam otworzyłam dłoń. Pluskwa.
- Nareszcie, Henley musisz popracować nad przynoszeniem napoi.- warknął Griffiths, kiedy tylko pojawiłam się w progu z napojem. Posłusznie spuściłam głowę, mrucząc przeprosiny, kładąc kubek na drewnie. Niezauważalnie przesunęłam ręką pod meblem, przyczepiając podsłuch i wychodząc z pokoju.
     Odetchnęłam z ulgą, siadając na krześle i wkładając pojedynczą słuchawkę do ucha. Przez chwilę słyszałam tylko szmery, jednak po zmianie częstotliwości, mogłam rozróżnić poszczególne słowa.
- Mówisz, że Malik nie dowie się... Myślę, że mimo wszystko powinien wiedzieć co się dzieje - głos Cowell'a rozbrzmiał cicho w moim uchu.
- Nie ma mowy! Jeżeli usłyszy, że zostanie wywalony za kilka tygodni, wiesz jakie piekło nam urządzi? - skrzywiłam się nieznacznie słysząc oburzony głos staruszka. Nie myliłam się, podejrzewając, że omawiają kwestię pozbycia się Mulata. Zagryzłam wargi, przypominając sobie zszokowaną twarz chłopaka, kiedy usłyszał o tym podstępie. Strach jaki pojawił się w jego oczach, cały czas nie daje mi spokoju. Zayn się bał.
- A co z resztą chłopaków? Louis tak łatwo nie odpuści, będzie walczył o Malika... a jeżeli Tomlinson to również i Styles, Horan i Payne. Nie pozwolą, aby jednego z nich wyrzucono.
- Nimi się nie przejmuj. Zrobią wszystko, jeżeli nie będą chcieli, aby nagranie z Wellington wyciekło do internetu.
     Zaskoczona, gwałtownie się wyprostowałam. Czyżby Gryffiths wiedział, gdzie jest feralna taśma? Taśma, której poszukują praktycznie wszyscy? Taśma, która zapewniłaby nam pewną wygraną....
- To...to ona jeszcze jest? - zmarszczyłam brwi, słysząc przerażenie w głosie Simona. Czyżby na nagraniu było coś co mogłoby zaszkodzić chłopakom w karierze i innym?- Mówiłeś, że ją zniszczyłeś!
- Mówiłem, że jest w bezpiecznym miejscu. Ukryto ją w moim gabinecie. Nikt nie może jej znaleźć Simon. To zniszczyłoby nie tylko nas, ciebie ale i wpędziłoby wszystkich w ogromne kłopoty. Nikt, powtarzam nikt, nie może jej dostać.
     Prychnęłam cicho, wygodnie opierając się na fotelu. Wygląda na to, że wiem gdzie spędzę dzisiejszą noc.

******
Cześć wszystkim :)
Zaskoczeni?
Jak pewnie zauważyliście, mamy nową okładkę na Wattpad + na dniach dostanę szablon na blogspot :D
Mam do was prośbę. Moglibyście jakoś ''rozsławić'' to opowiadanie? Powiedźcie znajomym, przyjaciołom, polećcie do czytania każdemu kogo spotkacie. Strasznie mało Was tutaj :(
Kto chce być informowany o nowych odcinkach - zostawcie na siebie namiary w ''Informowani''

10 komentarzy - next!


niedziela, 18 października 2015

Chapter Ten


*************

~Phoebe~

     Nerwowo odrzuciłam włosy na plecy, przekraczając próg drzwi Modestu. Potulnie spuściłam wzrok, czując na sobie badawcze spojrzenie znajdujących się tam osób. Mimo, że należałam do spółki już kilka dni, ludzie nadal z zaciekawieniem mnie obserwowali: za wszelką cenę chcieli dowiedzieć się w jaki sposób udało mi się przejąć stołek asystentki samego szefa. Westchnęłam cicho, wchodząc do windy i wciskając odpowiedni przycisk piętra. Oparłam głowę o ścianę cicho odliczając kolejne sekundy.
     Kiedy w końcu znalazłam się przy swoim biurku, z radością przywitałam stertę papierów, które miałam do przeglądnięcia. Przynajmniej nie musiałam zaprzątać sobie głowy moim wczorajszym smsem, który przez pomyłkę został wysłany do złej osoby. Na szczęście, dzisiaj, ani w ciągu najbliższych kilku dni, nie musiałam się przejmować wizytą chłopców z One Direction w zarządzie. Z samego rana, zostali wysłani do Australii na nagranie występu do X-Factora. Miałam też cichą nadzieję, że wiadomość nie doszła do Louisa. Nie miałam pojęcia jak mu wytłumaczyć całą sytuację, a wizja powiedzenia mu prawdy nie wchodziła w grę.
     Z westchnięciem zasiadłam za biurkiem, biorąc do rąk pierwsze kartki, starannie je czytając i niszcząc niepotrzebne dokumenty. Co jakiś czas zerkałam na zegarek, aby kontrolować czas i zdążyć zajść po kawę dla Gryffithsa.
     Drgnęłam, kiedy nagle ktoś wyrwał mi dokumenty z dłoni. Uniosłam wzrok spoglądając na osobę wywracając oczami. Michael zmarszczył brwi, chwytając mnie za ramię i wyprowadzając z pokoju. W ciszy szłam za nim, czekając aż chłopak pierwszy się odezwie, jednak widząc, że nie ma zamiaru takiego zamiaru, zagryzłam wargi. Nie miałam bladego pojęcia gdzie idziemy. Ani po co.
- Nareszcie Mike - usłyszałam, kiedy tylko przekroczyliśmy próg nieznanego mi dotąd pomieszczenia. - Phoebe, usiądź - otworzyłam szeroko oczy, widząc przed sobą Azoffa. Niepewnie rozejrzałam się dokoła, nie widząc jednak nic podejrzanego. Byłam zdezorientowana. Dlaczego o spotkaniu nie wspomniał mi wczoraj? - Uspokój się, wszystko jest w porządku.Zmiana planu.

~Zayn~Kilka dni później~

     Telefon ponownie zabrzęczał zmuszając mnie tym samym do otwarcia oczu i namierzenia go. Chwyciłem przedmiot do ręki, odrzucając połączanie nawet nie spoglądając na to kim była ta osoba. Jeżeli będzie to coś ważnego zadzwoni ponownie.
     Ziewnąłem, siadając na łóżku i przeciągając się. Leniwie spojrzałem za okno, a widząc padający deszcz tylko cicho jęknąłem. Zsunąłem się z pościeli, poprawiając dresy wyszedłem z pokoju, chcąc zaparzyć kubek kawy która jako jedyna mogła mnie do końca obudzić. Wyminąłem leżące na ziemi damskie ubrania, nie zaszczycając ich spojrzeniem. Wiedziałem, że dziewczyna z którą spędziłem noc już dawno wyszła, w czym upewniła mnie wisząca na lodowce kartka z numerem telefonu. Pobłażliwie uśmiechnąłem się, zrywając ja i wyrzucając do kosza.
To była jednorazowa przygoda.
    Nacisnąłem kilka przycisków na ekspresie do kawy, opierając głowę o szafkę nade mną. mimo wypitego alkoholu poprzedniego wieczoru, oraz spalonych kilku skrętów, pamiętałem dokładnie wszystko co robiłem. Nie powiem, że była to przydatna wiedza: wolałem zapomnieć o dziewczynie, która wylądowała w moim łóżku.
     Sygnał zaparzone kawy, pobudził mnie, a ja w końcu mogłem napić się czarnego trunku. Skierowałem się do salonu, włączając telewizor na przypadkowym kanale. Nogi wyłożyłem na stolik, nie przejmując się spadającym wazonem z kwiatami. Później i tak zadzwonię po sprzątaczkę.
     Pół godziny późnej z niechęcią otwierałem drzwi wejściowe, marząc tylko o zabiciu osoby, która postanowiła przerwać moją chwilę relaksu. Zmarszczyłem brwi, kiedy zauważyłem asystentkę mojego szefa - Phoebe.
- Co tutaj robisz? - spytałem zdziwiony drapiąc się po karku. Nie przypominałem sobie, abym dzisiaj miał się spotkać z kimś z zarządu. - Nie byliśmy omówieni...
- Nie, jestem tutaj prywatnie nie służbowo - rzuciła, wymijając mnie i wchodząc do środka. Zaskoczony skierowałem się za dziewczyną, nie rozumiejąc powodu dla którego się tutaj znalazła. Zdecydowanie coś musiało być na rzeczy.- Musimy poważnie porozmawiać Zayn. I racze nie spodoba ci się to, co mam do powiedzenia...
     W miarę dalszych tłumaczeń brunetki, zszokowany usiadłem na kanapie, aby w efekcie końcowym schować twarz w dłoniach.
- Ja pierdole. - wyjąkałem - Mamy przejebane.

******
Cześć wam!
Dzisiaj króciutko, ale mogę powiedzieć jedno: akcja zaczyna się rozkręcać :)
Pewnie zauważyliście, że est nowy szablon - to tylko przejściowe. Czekam na nowy :D

5 komentarzy - next!

niedziela, 11 października 2015

Chapter Nine


********
~Phoebe~

     Rzuciłam klucze na szafkę obok schodów, wchodząc do salonu i kładąc teczkę na stoliku. Powolnym krokiem przeszłam do kuchni, włączając kuchenkę, aby podgrzać resztki jedzenia z poprzedniego dnia. Oparłam się czołem o szafki nade mną, zamykając na chwilę oczy. Byłam zmęczona, a jedyne czego w tej chwili potrzebowałam, to moje łóżko, jednak tajemnicza teczka zaintrygowała mnie na tyle, że musiałam przejrzeć ją jak najszybciej.
     Nie podejrzewałam, aby ktokolwiek oprócz 5 Second of Summer wiedzieli co naprawdę robię w Modest!, mimo to, dreszcz niepokoju, nie dawał mi spokoju. Azoff starannie zaplanował całą akcję, nikt niepowołany o niczym nie wiedział.
     Westchnęłam cicho, ściągając z kuchenki garnek z jedzeniem, nagle tracąc ochotę na jedzenie. Wróciłam do salonu, biorąc teczkę do ręki i otwierając ją. Nie miałam pojęcia czego mogłam się spodziewać, w końcu to teczka o mnie. Czego nie mogłam wiedzieć o same sobie?
     Na pierwszej stronie widniało moje zdjęcie z CV, a na następnych cały fałszywy życiorys. Odetchnęłam z ulgą. Kimkolwiek była osoba, która zbierała informacje na mój temat nie dowiedziała się o naszym małym przekręcie. Przekartkowałam teczkę, zwracając uwagę na coraz ważniejsze punkty, które mogły coś sugerować. W końcu wyciągnęłam telefon, wybierając numer Jeffrey'a. Co jak co, ale jako mój szef powinien o tym wiedzieć.
- Phoebe... coś się stało?- rzucił kilka sekund później. Szybko streściłam mu obecną sytuację, a mężczyzna kazał czekać na jego przyjazd.
     Odrzuciłam papiery na kanapę, opadając na fotel i włączając telewizor. Niestety, oprócz powtórek serialu, nic ciekawego nie leciało. Zamknęłam oczy, opierając głowę na ręce, obiecując sobie, że za chwilę się podniosę.
     Podskoczyłam, kiedy po domu rozszedł się głośny dźwięk dzwonka. Zamrugałam zdezorientowana, zsuwając się z fotela i głośno ziewając otwarłam drzwi. Zamarłam, kiedy zobaczyłam osobę stojącą za nimi. I nie, nie był to mój szef.
- Niall? - wykrztusiłam - Co ty tutaj robisz?
     Blondyn rzucił nieprzyjazne spojrzenie w moją stronę, przepychając się obok mnie i wchodząc do domu. Zamrugałam zaskoczona oczami, ostrożnie zamykając drzwi, nadal nic nie rozumiejąc. Skąd Horan wiedział gdzie mieszkam? I co on tutaj robił?
- Nie odczytałaś wiadomości od zarządu... - stwierdził, siadając na kanapie i wykładając nogi na stolik. Zbladłam, kiedy zauważyłam porzuconą kilka chwil temu teczkę, zaledwie kilka metrów od ciała chłopaka. Wyciągnęłam telefon z kieszeni, powoli zbliżając się do blondyna, próbując wymyślić sposób na zabranie papierów, nim Niall się nimi zainteresuje. Spojrzałam na ekran, zauważając kilka nieodebranych połączeń od zarządu i smsów. Przejrzałam je na szybko, a nowa sytuacja szybko została wyjaśniona. Miałam ustalić z Niallem, kilka nowych publicznych wyjść, które przyniosą mu rozgłos. Modest! uznał, że o Irlandczyku było stanowczo za cicho. - I co teraz panno Henley? - skrzywiłam się, kiedy wypowiedział moje nazwisko. Zabrzmiało w jego ustach jak przekleństwo.
     Pokręciłam głową, kierując się do kuchni, po cichu licząc, że chłopak pójdzie za mną. Wstawiłam wodę na herbatę, kątem oka widząc jak blondyn opiera się o blat. Szybko wyciągnęłam telefon pisząc smsa do Jeffrey'a o zaistniałej sytuacji. Miałam nadzieję, że mężczyzna jeszcze nie zdąży pojawić się zanim Niall wyjdzie.
     Podałam kubek z gorącym napojem chłopakowi, kolejny raz tego dnia wracając do salonu. Mimochodem, zepchnęłam teczkę pod kanapę, przez co w końcu mogłam odetchnąć z ulgą. Na szczęście.
- Dobrze. Nie powiem, zaskoczyłeś mnie. - mruknęłam cicho, poprawiając włosy. - Powiedz mi, panie Horan, co najbardziej by ci odpowiadało?
     Moja prośba, zdziwiła nieco chłopaka, gdyż zaskoczony spojrzał na mnie. Prawdopodobnie spodziewał się, że bez jego zgody wybiorę kilka miejsc w których będzie musiał się pokazać. Niall, nie jestem twoim wrogiem...
- Ekhm...- chrząknął ściskając mocniej kubek. - Nie mam pojęcia. Z reguły od razu mówiono mi gdzie i kiedy mam się stawić.
     Pokiwałam głową, biorąc do rąk laptop i wchodząc na przeglądarkę. Wpisałam imię i nazwisko chłopaka, czekając na wyniki. Szybko przeleciałam wzrokiem po tekście, zagłębiając się w ostanie wypady chłopaka. Zamrugałam oczami, zastanawiając się na chwilę i spoglądając na Irlandczyka.
- Zróbmy tak. - oblizałam wargi - Widzę, że ostatnio często grasz w golfa. Wykorzystamy to. Dorzucimy kogoś sławnego w tej dziedzinie, zagrasz z nim, obok ''sztucznego tłumu''- A potem... po kilku tygodniach wyjdziesz do klubu z Louisem. Co ty na to?
     Blondyn szeroko otworzył oczy, ze zdziwienia, a następnie roześmiał się. Zbita z tropu patrzyłam na niego, czekając na chwilę aż się uspokoi. Nie miałam pojęcia co go tak rozbawiło.
- Wybacz, ale... pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Louis na serio miał rację. Jesteś dziwna.- wykrztusił ocierając łzy. Wywróciłam oczami, spoglądając na hol, blednąc. Za chłopakiem stał Jeffrey Azoff. Osoba, której nie mógł zobaczyć członek One Direction. - Coś się stało...?- zapytał, odwracając się.
- Nie! - krzyknęłam, chwytając go za ramię. - Rozumiem, że ten układ jak najbardziej ci pasuje? To świetnie - powiedziałam nie pozwalając mu się odezwać. Azoff szybko przeszedł na schody, wchodząc na piętro. - Wybacz Niall, ale mam jeszcze masę roboty, cieszę się, że udało się nam dogadać - paplałam, popychając chłopaka w kierunku wyjścia- Zadzwonię za chwilę do Modestu! i wszystko im powiem, nie musisz się niczym martwić. Zaczniemy wprowadzać plan od przyszłego tygodnia, więc masz jeszcze te kilka dni dla siebie.- otwarłam drzwi, wypychając zdezorientowanego blondyna za próg - Miłego wieczoru, pozdrów chłopaków. - uśmiechnęłam się zatrzaskując drzwi.
    Odetchnęłam z ulgą opierając się o ścianę i patrząc na schodzącego mężczyznę. Miał zmarszczone brwi, a w dłoni trzymał moją komórkę.
- Nie wysłałaś smsa do mnie.
     Niepewnie podeszłam do niego spoglądając na ekran. Owszem wiadomość o obecności Nialla została wysłana jednak nie do mojego szefa. Adresatem był Louis Tomlinson.

**********
Cześć!
Postaram się już dodawać częściej odcinki, niestety mam bardzo duży nawał prac w szkole. Jestem w klasie maturalnej wiecie...
Upsss.... Phoebe coś ty narobiła?

5 komentarzy - next!

sobota, 19 września 2015

Chapter Eight


*********

    Ostatni raz rozejrzałam się po korytarzu, a kiedy upewniłam się, że jestem całkowicie sama, otworzyłam drzwi i wsunęłam się do środka. Zapaliłam latarkę w telefonie, podchodząc do jednej z półek i przeglądając znajdujące się tam papiery. Szybko jednak, podeszłam do kolejnej licząc, że może jednak tam uda mi się znaleźć coś interesującego.
    Od rozmowy w klubie minął zaledwie tydzień, a ja czułam jak wszystko nam się sypie. Plan był zbyt dokonały, aby mogło pójść coś mnie tak, jednak Modest! skutecznie posuwał się na przód. Do tej pory nie zrobiliśmy nic, a czas niebłagalnie płynął dalej. Wiedziałam, że lada moment na wierzch wypłynie plotka o wpadce Louisa, o której nawet sam zainteresowany nie miał jeszcze pojęcia. Jeżeli mam być szczera... współczułam Louisowi. Chłopak chciał być tylko szczęśliwy, a zamiast tego musiał uganiać się za różnymi dziewczynami. Bez własnej woli.
     Westchnęłam cicho, kartkując kolejną teczkę i z zrezygnowaniem odkładając na miejsce. To nie było czego szukam. Musiałam znaleźć akta dotyczące Wellington, a konkretniej tego co się tam działo. Byłam przekonana, że znajdę tutaj coś na ten temat: w końcu nie od dzisiaj wiadomo, że uczestnicy feralnego festiwalu w 2012 zostali uciszeni. Nagrania zostały skasowane, tak samo jak zdjęcia, nikt nie miał prawa dowiedzieć się o tym co działo się na polu namiotowym. Nikt.
      Szansa, że znajdę tutaj coś na ten temat była mała, jednak musiałam upewnić się w stu procentach.
      Chwyciłam do rąk kolejną teczkę, kiedy, drzwi wydały z siebie niemiły szczęk. Błyskawicznie odwróciłam się, zauważając jak klamka zaczyna opadać. W ostatnim momencie dałam nura pod znajdujące się biurko, kurcząc się pod nim i starając się być jak najbardziej cicho.
      Drewniane drzwi otworzyły się, a do środka weszło dwóch mężczyzn. Milczeli do momentu w którym drzwi ponownie się nie zamknęły.
- Na pewno nikt tutaj nas nie podsłucha?- nieznany mi dotąd głos przemówił. Skurczyłam się, próbując rozpoznać głos mężczyzny, jednak nie miałam pojęcia do kogo należał.
- Tak, spokojnie. Nikt nie ma prawa tutaj być bez pozwolenia. - Griffiths. Cholera.
      Jeden z mężczyzn przemieścił się podchodząc do półek. Nie widziałam co robi, jednak po chwili rzucił coś na blat mojej kryjówki. Szelest papieru, który roznosił się po pomieszczeniu ustał tak samo nagle jak się zaczął. Co oni przeglądają?
- Żartujesz sobie?- nieznajomy syknął, uderzając pięścią w stolik. Podskoczyłam przerażona, dziękując Bogu, że głuchy hałas zamaskował odgłos uderzenia głową i spód biurka.- Nie zgadzam się na to.
- Nie masz wyboru. Pozwoliliśmy mu na zbyt dużą swawolę. Musi ponieść jakieś konsekwencje. - staruszek zirytował się. - A poza tym, jak myślisz co się stanie, kiedy to wyjdzie na jaw? Stracimy miliony! I to tylko przez jego głupi kaprys!
- A co potem?  Pozbędziesz się go i jak wytłumaczysz to reszcie?
- Oto się nie martw. Chcę wiedzieć czy podejmiesz słuszną decyzję.
     Nie miałam pojęcia o kim, albo o czym mówią. Wyglądało na to, że Griffiths'owi zależało na pozbyciu się kogoś, kto był najwyraźniej już zbędny.
     Zerknęłam na trzymaną przez siebie teczkę, otwierając ze zdumienia oczy. Na samej górze, ktoś napisał czarnym markerem: ''Phoebe Henley''. Ktoś założył teczkę... o mnie?
- Więc jak? Zgadzasz się, Simon?
     Zszokowana zerknęłam na wnętrze pokoju. Cowell? Simon Cowell?
- Dobrze - westchnął. - Jak chcesz uwiarygodnić wyrzucenie Zayna Malika z zespołu?

*****
Po długiej przerwie wracam! 
To się porobiło...kto zaskoczony? :D
Na wattpadzie udostępniłam zagadkę. Ktoś ją rozwiąże? :D

O jakie wydarzenie mi chodzi?

Wydarzyło się to dawno, niedawno do tego powrócono,
Z pięciu tylko dwóch zapamiętano
do tej dwójki dochodzi jeszcze jedna osoba,
oraz kilka innych, z błyszczącymi gwiazdami.
Pogłoski uciszone, jednak głośno się o nich mówi,
że to własnie TAM był realny dowód,
który do dzisiaj jest niewiadomą.
Patrz na słowa, słuchaj obrazów,
one podpowiedzą ci rozwiązanie,
jednak nie polegaj tylko na nich,
bo skąd wiesz, że prawdę mówiły?

Podpowiedź: Coś związanego z Larrym :)

piątek, 17 lipca 2015

Chapter Seven

Just Can't Let Her Go
                                                           **********

~Louis~

        - Mówię wam, z nią jest coś nie tak!- mruknąłem, kiedy nikt z obecnych nie przejął się moimi poprzednimi słowami. Zrezygnowany przeczesałem dłonią włosy, próbując znaleźć sposób na zdobycie zainteresowania chłopaków. Od kilku godzin rozmawialiśmy o nowej asystentce zatrudnionej w Modest. Phoebe Henley nie mogła być normalną dziewczyną. Nie starała się zatruć życia mnie i chłopcom, jak połowa ludzi
zatrudnionych w tej firmie. Najlepszym przykładem była ostatnia sytuacja w sali konferencyjnej: dziewczyna świadomie, uderzyła drzwiami własnego szefa i jak najszybciej zaprowadziła do lekarza, dając mnie i Harry'emu czas na ucieczkę. - Hazza, ty najlepiej wiesz o czym mówię! Ile osób puściłoby nas wolno, bez żadnych konsekwencji i ryzykowało własną posadę? - zawołałem do siedzącego po drugiej stronie kanapy chłopaka.
     Od pamiętnego dnia, nie spotykaliśmy się nigdzie poza domem. Nieświadomie posłuchaliśmy rady Henley - staraliśmy się nie narazić szefostwu, a nasze "randki " odbywały się w domu przed telewizorem i najczęściej kończyły w sypialni. Nie, żebym narzekał.
     Harry powoli pokiwał głową, niepewnie zerkając na mnie i delikatnie się uśmiechając. Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej miałem jednego z nas po naszej stronie.
         - Lou ma rację. - powiedział wstając z kanapy i przeciągając się. Czarna koszulka uniosła się, odsłaniając fragment opalonego i wyrzeźbionego brzucha chłopaka. Mimowolnie oblizałem wargi, nerwowo poprawiając się na swoim miejscu. Zacisnąłem dłonie, starając się zwalczyć rosnące we mnie podniecenie. To nie był odpowiedni czas na seksualne napięcie - Wszyscy wykorzystaliby sytuację, aby podlizać się Griffiths'owi.
        - Nawet jeśli, Harry - Liam leniwie obrócił głowę w stronę Styles'a, sceptycznie na niego patrząc - Co możemy zrobić? Nie możemy tak nagle do niej podejść i karząc powiedzieć prawdę. To byłaby napaść.
     Westchnąłem wstając, i wyłączając telewizor. Natychmiast usłyszałem pełne niezadowlenia jęki Niall'a i Zayn'a, którzy przez ostatnią godzinę pilnie śledzili mecz.
        - Musimy coś w końcu postanowić - waknąłem w ich kierunku, zakładając ręce na piersi. - Z Henley coś jest nie tak. Za każdym razem szła nam na rękę, chroniła nas, czego nikt nigdy nie robił - przełknąłem ślinę, przypominając sobie wszystkie osoby z naszego otoczenia. Nikomu nie mogliśmy ufać od czasu odejścia Paula. Dla każdego byliśmy przepustką do lepszej posady lub podwyżki. - To jasne, że nic nam nie powie, kiedy ją zapytamy. Musimy zrobić to w inny sposób.
        - Louis, daj sobie spokój. - zerknąłem na Niall'a grzebiącego w swoim telefonie - Cokolwiek chcesz zrobić. Dla mnie, ona jest z Modestu. Tak jak wszyscy, czeka na chwilę, aby nas jeszcze bardziej pogrążyć. Gdybym miał decydować za wszystkich, uznałbym, że trzeba się trzymać od niej z daleka. Im mniej wie, tym lepiej dla nas.
     Chłopcy zgodnie pokiwali głowami, niemo zgadzając się ze słowami Irlandczyka. Zmrużyłem gniewnie oczy, czując, że nic nie wskuram. Jeżeli chciałem się czegoś dowiedzieć o tej dziewczynie, musiałem działać sam.
        - Zgadzacie się z nim? - zapytałem chcąc się upewnić. Żaden nie zaprzeczył. Zamknąłem oczy zrezygnowany, wychodząc z salonu i ubierając kurtkę. Po chwili poczułem jak dwie, silne dłonie oplatają mój pas i przesuwają do drugiego, większego ciała.
        - Louis, zostań - cichy pomruk Harry'ego zawibrował w moim uchu, wywołujac przyjemne uczucie w dole brzucha. Pokręciłem przecząco głową, wywrwając się z uścisku chłopaka i z ciężkim sercem wychodząc z domu.
     Robię to dla nas, Harry.

~Phoebe~

     Ostatni raz przejrzałam się w lusteku z wdzięcznością uśmiechając się do kierowcy taksówki i wręczając mu odpowiednią ilość pieniędzy. Trzasnęłam drzwiami wpatrujac się w duży, oświetlony budynek, skąd wydobywała się głośna muzyka. Westchnęłam odrzucając włosy na plecy, powoli przechodząc przez ulicę. Zmierzyłam wzrokiem dosyć sporą kolejkę, ustawioną do wejścia, wymijajac ją. Ścisnęłam mocniej kawałek papieru, który wręczyłam znudzonemu swoją pracą ochroniarzowi. Mężczyzna uważnie przeczytał wiadomość, odsuwając się i - ku niezadowelniu osób czekających w kolejce - wpuszczając mnie. 
    Woń alkoholu uderzyła mnie już kilka sekund po przekroczeniu progu. Tańczący i pijni ludzie, mimo wczesniej godziny okupowali już loże, pobliskie ściany i kąty. Przesunęłam wzrokiem po tłumie, starajac się namierzyć bar i nie zwymiotowac na widok pieprzących się - dosłownie - w każdym miejscu par. Powoli przedzierałam się przez tłum, a kiedy znalazłam się przy jednym z wysokich barowych krzeseł, leniwie skinęłam na barmana.
     - Niedźwiedzie polarne całkiem dobrze latają - rzuciłam spoglądając na niego. Chłopak oderwał się od wycierania kufli, nieprzytomnie na mnie patrząc. Po chwili cicho westchnął zarzucając białą scierkę na ramię i odpowiadając:
     - Tak samo jak pingwiny.
     Uśmiechnęłam się obserwując wychodzącego barmana i idąc za nim. Wymijaliśmy tańczących ludzi, kierując się w stronę loż. To tam miałam się spotkać z Azoffem. Klub wydawał się idealnym pomysłem, nikt nie pomyślałby, że można byłoby tutaj przeprowadzić dość ważne spotkanie z szefem. Bezpieczeństwo dla naszego planu, było najważniejsze - nikt niepowołany nie mógł się o niczym dowiedzieć.
     Wymiana zdań między mną, a nieznajomym chłopakiem nie była przypadkowa. Azoff starannie wybierał swoich pracowników, a tym którym ufa bezgranicznie, wyznacza drobne zadania. Ochroniarz - poza dzisiejszym dniem - nigdy wcześniej nie pracował w tym klubie, tak samo jak barman. Oboje zostali wysłani tutaj przez naszego wspólnego szefa, nie wiedząc nic konkretnego. Dostali tylko polecenie, aby doprowadzić mnie bezpiecznie i niezauważalnie do niego. Po co? Tego już nie musieli wiedzieć.
     Zatrzymaliśmy się przed największą i najbardziej oddaloną lożą, upeweniając się, że jesteśmy sami. Skinęłam głową w podzięce, otwierając drzwi i zderzając się z zimnym spojrzeniem Jeffrey'a Azoffa.
        - Dziękuję Danielu. Możesz wracać - odezwał się nie
zaszczycajac podwładnego spojrzeniem. Wsunęłam się na miejsce naprzeciwko mężczyzny, wyjmując z torebki plik dokumentów, które w ostatniej chwili udało mi się skraść. Dla osób niezwiązanych ze sprawą były bezwartościowe, jednak dla nas bezcenne. - Coś nowego?
        - Chłopcy muszą trzymać się z daleka od siebie - mruknęłam przesuwając papiery na środek stołu - Dodatkowo Harry ma wdać się w "konflikt"- zaznaczyłam cudzysłów w powietrzu przy ostatnim słowie - z Louisem. Modest wpadł na pomysł, aby zrobić z nich wrogów.
        - Idioci...- Jeffrey chwycił dokumenty, skupiając się na ich treści. Po chwili zmarszczył brwi i ze zdziwieniem uniósł głowę - Poważnie?
     Pokiwałam głową, w milczeniu rozglądając się po pomieszczeniu. Kilka ław, stół i obrazy na ścianie. Loża nie różniła się za bardzo od tych, które znam. Muzykę, którą można było usłyszeć, była stłumiona przez zamknięte drzwi, dzięki czemu można było normalnie porozmawiać.
        - Chcą kolejnego skandalu.... - usłyszałam. Dokumenty stawiały sprawę jasno. Louis i Eleanor mieli się rozstać przez "zdradę" chłopaka. Po kilku tygodniach do mediów miała wpłynąć plotka o "małej wpadce" Louisa. W ten sposób podskoczą notowania zespołu - ludzie zaciekawieni niepotwierdzoną plotką, będą masowo wyszukiwać w przeglądarce Tomlinsona, a co za tym idzie i One Direction. Zespół będzie miał zapewnioną stuprocentową promocję, wizerunek Louisa jako "im fact stright" i "Larry is bullshit" będą podtrzymane, a Larry Shippers zostaną uciszone raz na zawsze. Nie będą mogły zaprzeczyć w żaden sposób plotce o ojcostwie Louisa, nie mając żadnych dowodów.  Idealnie zaplanowany skandal. - To jest...
        -... genialne - dokończyłam. - Zgadnij, kto to wymyślił? - spojrzałam na przełożonego. Zamyślił się na chwilę po czym wzruszł ramionami - Pola.
        - Nasza Pola?!- wykrzyczał otwierając szeroko oczy. Pokiwałam głową, układając usta w grymas. Pola była pracownicą Azoffa, do czasu aż udało jej się zdobyć pracę w Modest przy PR jednego z członków zespołu. Od tamtej pory robiła wszystko, aby wkupić się w łaski Griffiths'a. Niestety, chcąc nie chcąc musialam to przyznać: plan który wymyśliła był genialny.* - Zawsze podziwiałem ją za umiejętność planowania...
        - Sprawnie to wykorzystuje. - mruknęłam - Jednakże musimy być o krok do przodu. Musimy coś wymyślić, coś co całkowicie przekreśli ich plan.
     Jeffrey uśmiechnął się, opierając się o ławę. Spojrzałam na niego zdezorientowana, czekając aż wyjaśni mi powód swojego zadowolenia. Mężczyzna zatarł ręce z zadowolenia, mówiąc tylko jedno słowo, po którym zrozumiaąm wszystko:
- Wellington.

*-  Nie mam nic do Poli, całkowicie ją szanuję :) Wyjaśniła, na swoim asku, że Modest nie miał nic wspólnego z "ojcostwem Louisa", tym bardziej nic nie wymyśliła. Zrobiła to tylko W MOIM OPOWIADANIU!


*****
Po dłużej nieobecności wracam! Ostanie dramy, bardzo mi pomogły, niepowiem :) A wy ja się trzymacie?